Z sześciu edycji katowickiego festiwalu Ars Independent, miałam okazję uczestniczyć już w czterech. To tutaj pokochałam animowane krótkie metraże i to tu sprawdzano moją cierpliwość widza pełnego metrażu. W centrum, między Kinem Światowid, Kinoteatrem Rialto, Centrum Kultury i knajpą Drzwi Zwane Koniem, „zadomowiłam” się jeszcze zanim zaczęłam mieszkać w Katowicach. Miło być stałym obserwatorem wydarzenia, które cały czas idzie w dobrą stronę.
Dobry kierunek to dobre wybory. Jednym z nich było rozpoczęcie festiwalu od występu twórcy ścieżki dźwiękowej do gry komputerowej „Hotline Miami”. M.O.O.N., bo o nim mowa, przyleciał do Polski z Los Angeles, by w Kinoteatrze Rialto połączyć w dzikim tańcu graczy, geeków komputerowych, fanów muzyki elektronicznej, stałych bywalców imprez tanecznych i innych – tak zróżnicowanego tłumu nie widziałam od dawna. Przy okazji przekonałam się, że jedyne, co mogłoby mnie zachęcić do grania to dobra ścieżka dźwiękowa.
Mimo wszelkich zalet pierwszego wieczoru, za prawdziwe otwarcie festiwalu uznaję pokaz animacji „Przygody księcia Ahmeda” z muzyką na żywo w wykonaniu zespołu Lód 9. Kiedy otwarcie łączyło świat gier i świat muzyki, drugiego wieczoru połączone zostało wszystko to, czemu festiwal poświęca swoje nagrody – film, muzyka, gry i animacje. Produkowany wycinankową techniką przez trzy lata, pierwszy pełnometrażowy film animowany został oparty na motywach „Baśni z tysiąca i jednej nocy” – świetnej podstawie nie tylko dla filmu, ale również dla gier. Sekwencje przemierzania świata na latającym rumaku przez Ahmeda wyglądały nie inaczej, jak jedne z pierwszych platformówek. A wszystko to ilustrowane muzyką, która świetnie spełniła swoją rolę – nie odwracała uwagi od obrazu, a nawet czyniła go bardziej czytelnym dla współczesnego widza. Nie dało się powstrzymać wszelkich reakcji na muzykę, jakby nie z tej ziemi, m.in. tupania nogą, na którym w najlepszych momentach łapała się połowa widowni.
Z czterech światów prezentowanych na Ars Independent, dla mnie najważniejszy jest zawsze ten animowany. W tym roku spośród ponad 1700 zgłoszeń, wybrano 33 produkcje, które walczyły o nagrodę Czarnego Konia Animacji. Organizatorzy przyznali, że przygotowali widzom „szalony kalejdoskop pomysłowości młodych twórców i twórczyń”. W tym 5 twórców z Polski.
Muszę przyznać, wybory selekcjonerów były różnorodne. W tej różnorodności potrafili jednak znaleźć mianowniki, wedle których animowane produkcje zdawało się zostały podzielone. W pierwszym zestawie przypomnieliśmy sobie o trudach człowieczego losu – czy to losu czubka („Manoman”), artysty („Debiut”) czy sportowca („Koła i papierosy”). Drugi pokaz skupił się na popędach życia. Dla jednych motywacją było tworzenie sztuki („Gyros dance”, „To nie jest animacja”), dla innych seks („Limbo Limbo Travel”), a jeszcze inni motywacji i sensu dopiero szukali („Cosmetico”). Ostatnia dawka konkursowych propozycji była prezentacją światów, w których fundamentem jest absurd i iluzja. Trudno czasem uwierzyć, że życie jest w pełni racjonalne („Rrring Rrring!”, „Ento”), a czasem wręcz nie chcemy w to wierzyć („Długie wakacje”). Wszystkie filmy połączył jeden wspólny temat – człowiek.
Ars Independent to nie tylko okazja do przyglądania się konkursowym potyczkom, a przede wszystkim szansa sprawdzenia kondycji współczesnej animacji. W ramach wyjątkowych pokazów widzowie mogli podpatrzeć, jak się robi animacje w Czechach i na Węgrzech. Inaczej niż w Polsce? I tak, i nie.
Akademia Sztuk Scenicznych w Pradze, czyli FAMU, to marzenie każdego przyszłego i niedoszłego filmowca. Kształcili się tam Agnieszka Holland, Emir Kusturica oraz inni wielcy światowej i europejskiej kinematografii. Oprócz reżyserów, FAMU kształci również animatorów. Stąd pretekst do pokazu dyplomów właśnie tego Wydziału, które w porównaniu z polską twórczością wypadły blado. Polacy nie mają się czego wstydzić. Mamy więcej odwagi i częściej szukamy w animacji tego, co cenię w niej najbardziej – możliwości eksplorowania wyobraźni twórcy i widza, sprawdzania jej granic. Czeskie produkcje stworzone zostały z wielką wprawą, zachowując jednak ledwie poprawny poziom w prowadzeniu historii.
„Groza” na Ars Independent miała z założenia budzić niepokój i lekkie uczucie dyskomfortu. – przeczytałam w programie przed kolejnym pozakonkursowym pokazem animacji „Niepokój”. Cieszę się, że w opisie nie użyto słowa „strach”, a słusznie posłużono się określeniem „lekki dyskomfort”, bo tylko on zaszczycił nas stałą obecnością. Choć niektórzy mogli się zawieść brakiem odpowiedniej dawki emocji, w pokazie warto było uczestniczyć choćby dla animacji twórcy „Krainy Grzybów” – Wiktora Striboga. Projekcję zapowiedział Szczepan Twardoch („co więcej mówić o tym, co powinno się oglądać”). W końcu to na podstawie jego opowiadania powstała wspomniana animacja – „Piwnica”. Twórczość Aleksandry Waliszewskiej wprawiona w ruch to jeden z najbardziej niepokojących animowanych obrazów, które widziałam w życiu. A na pewno najstraszniejszy z tych, które widziałam na Ars Independent.
Oprócz animacji „Piwnica”, najwięcej emocji przysporzyło głosowanie publiczności. W tym roku organizatorzy zrezygnowali z „dyktatury” jurorów. Pełnoprawnym składem jurorskim stali się tym razem odbiorcy. Do zadania podeszłam na tyle poważnie, że pamiętałam o każdym głosie, przerywałam kartę zaraz po zakończeniu każdego filmu. Z ogromnym zaangażowaniem wiązały się także surowe oceny – pewnie często zbyt surowe. Ale przecież nie codziennie dostaje się propozycję współtworzenia jury.
Po tygodniowych zmaganiach z kartami do głosowania, nadeszła pora na galę zamknięcia. Przemek Sołtysik, dyrektor festiwalu, podziękował wszystkim i oficjalnie zakończył festiwal, jak zwykle na, charakterystycznym dla siebie, improwizacyjnym flow. Sam stwierdził, że choć M.O.O.N. otworzył festiwal, jego koncert byłby idealnym zamknięciem. Nie ominęło nas jednak muzyczne zakończenie. Jak na festiwal z koniem w logo przystało, zobaczyliśmy “Kopyta zła” – projekt Joanny Szumacher i Pawła Cieślaka z pogranicza scenicznego musicalu i słuchowiska radiowego, oparty o nowelę Edgara Allana Poego „Metzengerstein”.
W związku z brakiem jurorów, wyniki głosowania publiczności ogłosili w czasie gali zamknięcia kuratorzy każdej z sekcji konkursowych. Jestem bardzo ciekawa z jaką liczbą kart do głosowania musieli się zmierzyć w trakcie liczenia. Mam nadzieję, że było ich przynajmniej kilka razy więcej w porównaniu z poprzednią edycją. Bez względu na to, ile ich było, udało się jednoznacznie wyłonić zwycięzcę. Czarnego Konia Animacji otrzymała Réka Bucsi za animację „Miłość”, historię samotnej planety i kosmogonii miłości. Werdykt, mógłby ktoś napisać, jak to się często pisze, dyskusyjny. Tylko z kim o tym dyskutować? Ale gdyby mnie zapytano, którym filmom wręczyłabym nagrodę, wymieniłabym dwa tytułu: „Limbo Limbo Travel” oraz „Gyros dance”.
Zdjęcia: Michał Jędrzejowski, Ars Independent









