Czarny Koń zerwał się z uprzęży i hasał po betonowej dżungli przynosząc Katowicom sztukę z różnych stron świata. Jego motorem napędowym było kino, a nazwiskiem Ars Independent 2014. Tak: to był naprawdę niezwykły festiwal (nie tylko) filmowy.
—
Ars Independent Festival to impreza, na której prezentowane są różne formy ekspresji, wyrażanej przez twórców w postaci ruchomych obrazów. Mamy tutaj zarówno dzieła, u podstaw których leży kino, jak i te wyrosłe z kultury audiowizualnej, czyli animacje, machinimy, gry video, dokumenty muzyczne czy videoartowskie miksy obrazu i dźwięku.
Głównym celem festiwalu – oprócz samej prezentacji oryginalnych artystów z całego świata – jest wyłonienie konkursowego Czarnego Konia, czyli filmu, który zyska największą liczbę punktów oraz aprobatę jury. Osią Ars Independent Festival 2014 były dwa konkursy. Jeden dotyczył fabularnych pełnych metraży (Czarny Koń), a drugi animowanych krótkich metraży (Czarny Koń Animacji).
O tytuł walczą… premiery w Polsce
O statuetkę Czarnego Konia rywalizowało w tym roku siedem tytułów; większość po raz pierwszy prezentowana w Polsce. Trzy z nich swoje premiery miały w Karlovych Warach, jeden w Berlinie, jeden w Locarno i jeden w Cannes. Ostatecznym zwycięzcą został obraz Anki i Wilhelma Sasnalów z pogranicza kina narracyjnego i videoartu pt. „Huba”. Niestety; zwycięzcy nie dojechali na galę finałową.

Do wyścigu po statuetkę Czarnego Konia Animacji stanęło 28 tytułów. Ale to i tak byli wybrani z wybranych; w przedbiegach odpadło prawie 300 animacji z ponad 40 krajów. Filmy ułożone były w 3 sety trwające ok. 80 minut każdy; prezentowane w nich były chyba wszystkie możliwe techniki animowania.
Tradycją Ars Independent Festival stały się pozakonkursowe prezentacje twórczości alternatywnych twórców kina. Na ekranie studyjnego kina Światowid zagościł Bruce LaBruce, którego filmy były pokazywane w Polsce po raz pierwszy. Artysta był gościem festiwalu i w krótkiej prelekcji przed projekcją „The Raspberry Reich” powiedział, że miło jest ponownie przyjechać do Polski i zobaczyć zmiany, jakie zaszły tutaj od czasu jego ostatniej wizyty. Bruce LaBruce poprzednio odwiedził Polskę 14 lat temu, ale wtedy nie prezentował swoich filmów. Przyznał zresztą, że w tamtym czasie raczej nie byłoby to możliwe. I nie ma się co dziwić: filmy Bruce’a to prowokacyjne, awangardowe obrazy z nurtu kina gejowskiego,w których pornografia przeplata się ze zbyt nachalną ideologią i manifestacją orientacji seksualnej. Bohaterowie jego filmów to, między innymi, geje-zombie („Otto, czyli niech żyją umarlaki”), epigońscy homoseksualni rewolucjoniści („The Raspberry Reich”) i nastolatkowie ziejący romantycznym uczuciem do staruszków („Gerontofilia”).
Punk i animacja
Dobrym duchem sekcji animacji była Mariola Brillowska, punkowa performerka i animatorka, która nie boi się przekraczać powszechnie przyjętych granic dobrego smaku. Jej filmy („Grabowski – dom życia”, „Czerwony kurz poranka”, „Aż do świtu”, Porno Karaoke”, „Ruski make up”, „Fiffi”, „To be around”, „Eryk na seksłaniu”, „Visa Vu”, „Fałszywy gracz”) prezentowane na tegorocznej edycji festiwalu obnażyły niepoprawność polityczną autorki, brak tematów tabu, luźny stosunek do społecznych norm, zamiłowanie do dwuznaczności i pornografii, ale też głębokie zrozumienie relacji międzyludzkich. Jej kreślone grubą kreską, charakterne postacie umieszczone w undergroundowym środowisku składają się na mądre przypowieści o współczesnym życiu.

Mariola Brillowska razem z Agnieszką Kowalewską-Skowron, dyrektorką programową Se-ma-for Film Festival oraz Martinem Kocisko, pracownikiem MFF Febiofest, zasiedli w jury i obstawili film Tomasza Popakula „Ziegenort”, metaforyczną animację o dorastaniu rozrysowaną na cztery kolory: czarny, biały, zielony i czerwony. Głównym bohaterem jest syn rybaka, którego twarz przypomina głowę karpia, a ciało pokrywają łuski, które chłopak zdziera z siebie nożem do filetowania. „Ziegenort” to opowieść o wrażliwości, ciekawości i odrzuceniu z nieco banalnym jednak zakończeniem.

